Nowe prawo w USA zmusi gigantów sztucznej inteligencji do ujawnienia, jakie książki, zdjęcia i utwory wykorzystały do „uczenia” swoich modeli? Projekt to odpowiedź na lawinę pozwów. „New York Times” pozywa OpenAI i Microsoft, tysiące autorów książek idą do sądu przeciwko Anthropic, a związki twórców (od pisarzy po reżyserów) domagają się jasnych zasad. A jak to w wygląda w UE? Dużo bardziej cywilizowanie
Wyobraź sobie, że twój bestseller, artykuł czy zdjęcie z Instagrama trafia do maszyny, która potem generuje miliony tekstów i obrazów na całym świecie. Do tej pory nikt nie musiał się przyznawać, że właśnie twój utwór posłużył za „paliwo” dla ChatGPT czy Claude’a. To się może skończyć.
Dwóch senatorów – demokrata Adam Schiff z Kalifornii i republikanin John Curtis z Utah – złożyło 10 lutego 2026 roku projekt ustawy, która po raz pierwszy w historii USA zmusi firmy rozwijające sztuczną inteligencję do pełnej jawności. Nazywa się ona CLEAR Act (Ustawa o etycznym raportowaniu sztucznej inteligencji i etykietowaniu praw autorskich). Jeszcze nie jest prawem, ale już wywołuje burzę wśród twórców, prawników i gigantów technologicznych.
Senator Schiff, który od lat walczy o prawa artystów, tłumaczy wprost: „Kongres powinien wspierać innowacje w dziedzinie sztucznej inteligencji, ale nie kosztem braku przejrzystości i odpowiedzialności. Ta ustawa uderza w idealny balans – chroni twórców, a jednocześnie daje firmom jasne reguły gry”. Jego kolega Curtis dodaje, że chodzi o podstawową uczciwość: „Nie można budować imperiów na cudzej pracy bez choćby powiedzenia: ‚tak, użyliśmy tego’”.
Co dokładnie miałoby się zmienić?
Zgodnie z projektem każda firma lub instytucja, która trenuje model generujący nowe treści (tekst, obrazy, dźwięk, wideo), będzie musiała złożyć do Urzędu Praw Autorskich USA szczegółowe oświadczenie. W nim znajdzie się „wystarczająco dokładne podsumowanie” każdego dzieła chronionego prawem autorskim, które trafiło do zbioru danych treningowych. Jeśli zbiór jest dostępny online – podać też link. Zgłoszenie trzeba złożyć co najmniej 30 dni przed publicznym udostępnieniem modelu albo nawet przed jego wewnętrznym użyciem w firmie. Dla modeli już istniejących – termin ruszy po wydaniu szczegółowych przepisów.
Urzędnicy utworzą bezpłatną, publiczną bazę danych w internecie, w której każdy autor, fotograf czy muzyk będzie mógł sprawdzić: „Czy moja książka była użyta przez OpenAI, Anthropic czy Google?”. To ogromna zmiana – do tej pory twórcy musieli prowadzić kosztowne śledztwa sądowe, by cokolwiek udowodnić.
CZYTAJ TEŻ: Unia Europejska reguluje AI jako pierwsza. Trzeba powstrzymać „Raport mniejszości”, bo to już się dzieje
Za brak zgłoszenia grożą kary: minimum 5 tysięcy dolarów za każde pominięte dzieło, nakaz sądowy wstrzymujący używanie utworu i zwrot kosztów prawników. Roczny limit kar cywilnych to 2,5 miliona dolarów na firmę, ale nakazy i koszty adwokatów nie mają limitu. Właściciel praw będzie mógł sam pozwać – nie trzeba czekać na urzędnika.
Dlaczego akurat teraz?
Projekt to odpowiedź na lawinę pozwów. „New York Times” pozywa OpenAI i Microsoft, tysiące autorów książek idą do sądu przeciwko Anthropic, a związki twórców (od pisarzy po reżyserów) domagają się jasnych zasad. W 2025 roku sąd federalny uznał, że samo „uczenie” na książkach może być dozwolone, ale nie legalizuje kradzieży danych. Twórcy mówią jednym głosem: chcemy wiedzieć, co się dzieje z naszą pracą, i ewentualnie negocjować wynagrodzenie.
Ustawa nie wprowadza obowiązku płacenia tantiem ani nie zakazuje treningu. Daje tylko narzędzie – wiedzę. To pierwszy krok, po którym mogą przyjść licencje i odszkodowania.
Ogromne wyzwania i kontrowersje
Nie wszyscy są zachwyceni. Stowarzyszenie Bibliotek Naukowych (ARL) ostrzega, że ustawa jest „nierealna”. Modele sztucznej inteligencji trenują na miliardach stron – jak spisać „szczegółowe podsumowanie” dla każdego zarejestrowanego utworu? Biblioteki i uniwersytety, które budują własne narzędzia AI dla badań, mogą zostać sparaliżowane. Brak wyjątków dla nauki, edukacji czy użytku wewnętrznego oznacza, że nawet mały startup albo uczelnia będzie musiała wypełniać góry papierów.
Krytycy wskazują też, że ustawa dotyczy tylko dzieł zarejestrowanych w Urzędzie Praw Autorskich. Wiele starszych książek, zdjęć czy artykułów nie jest zarejestrowanych – ich twórcy nie skorzystają. Nie ma też mechanizmu weryfikacji zgłoszeń – firma może napisać cokolwiek, a urząd nie ma narzędzi, by to sprawdzić. Do tego dochodzi ryzyko ujawnienia tajemnic handlowych i ogromne koszty dla mniejszych firm.
Co to oznacza dla twórców, odszkodowań i plagiatów?
Dla polskich pisarzy, fotografów, muzyków i dziennikarzy to potencjalna rewolucja. Jeśli ustawa wejdzie w życie, będą mogli w kilka kliknięć sprawdzić, czy ich utwór posłużył do „uczenia” popularnych narzędzi. To ułatwi dochodzenie roszczeń – jeśli model wypluje fragmenty książki niemal dosłownie (a takie przypadki już udowodniono), będzie łatwiej wygrać sprawę o naruszenie praw autorskich i żądać odszkodowania.
Ustawa nie gwarantuje pieniędzy sama w sobie – nie zmienia zasad dozwolonego użytku. Ale daje dowody. Firmy, wiedząc, że wszystko będzie jawne, mogą zacząć zawierać umowy licencyjne, płacić tantiemy albo przechodzić na dane syntetyczne. Dla gigantów to ryzyko utraty przewagi konkurencyjnej. Dla twórców – nadzieja na sprawiedliwość.
Mocne wnioski
CLEAR Act to nie tylko biurokratyczny przepis. To historyczny moment, w którym Ameryka mówi głośno: „Sztuczna inteligencja nie może być czarną dziurą, w której znika cudza twórczość bez śladu”. Jeśli ustawa przetrwa poprawki i zostanie przyjęta, stanie się globalnym precedensem – Europa, Chiny i Polska będą musiały podążyć tym śladem. Twórcy zyskają realną broń, a firmy AI wreszcie będą musiały grać fair.
Ale bez szybkich poprawek (wyłączenia dla nauki, uproszczenia zgłoszeń) ryzykujemy sparaliżowanie innowacji i przeniesienie treningu poza Stany. Los ustawy rozstrzygnie się w najbliższych miesiącach w Senacie. Dla milionów twórców na całym świecie to nie jest abstrakcyjna debata – to walka o to, czy ich praca nadal będzie należała do nich, czy stanie się darmowym surowcem dla maszyn.
CZYTAJ TEŻ: Rewolucja AI na urzędzie: Ministerstwo Cyfryzacji udostępnia przewodnik po AI dla administracji
Warto śledzić stronę Kongresu (congress.gov – bill S.3813) i komunikaty senatora Schiffa. Bo jutro może się okazać, że „trenowano” na naszych dziełach, ale wreszcie będziemy o tym wiedzieć. W Europie, dla takich firm, powinna być to kwestia ESG.
Tymczasem w UE…
W Europie już teraz działa mechanizm, który idzie w podobnym kierunku, choć nie jest identyczny. Unia Europejska nie ma jeszcze dokładnego odpowiednika listy każdego dzieła, ale od sierpnia 2025 r. (a pełne egzekwowanie od sierpnia 2026 r.) obowiązują przepisy Aktu o sztucznej inteligencji (AI Act), które nakładają na firmy rozwijające duże modele generatywne (tzw. general-purpose AI, GPAI) obowiązek publikacji publicznego podsumowania źródeł danych treningowych – w tym informacji o treściach chronionych prawem autorskim.
Mechanizm opt-out – europejska broń twórców
Już od 2019 r. (dyrektywa DSM, wdrożona w państwach członkowskich do 2021 r.) twórcy mogą zastrzec swoje prawa (opt-out) i zabronić używania swoich dzieł do komercyjnego text and data mining (TDM), czyli m.in. treningu AI. Zastrzeżenie musi być wyraźne i – dla treści online – najlepiej maszynowo czytelne (np. robots.txt, metadane, nagłówek HTTP).
Od 2026 r. AI Act wzmacnia ten mechanizm: firmy muszą aktywnie sprawdzać i respektować takie opt-outy. Jeśli ich nie zrobią – narażają się na pozwy o naruszenie praw autorskich plus kary z AI Act.
Unia idzie dalej niż projekt CLEAR Act w jednym: nakłada obowiązek respektowania opt-outów i daje twórcom narzędzie do blokowania użycia ich prac już na etapie treningu. Ale nie daje jeszcze pełnej, szczegółowej jawności na poziomie pojedynczego utworu.
Europa wyprzedza Stany w praktyce – Akt o AI już działa i zmusza firmy do ujawniania źródeł treningowych oraz szacunku dla zastrzeżeń twórców. To nie jest jeszcze „lista każdego tomu z biblioteki”, ale realny krok ku temu, by AI nie pożerała cudzej twórczości bez pytania. Jeśli Parlament Europejski przeforsuje swój postulat centralnego rejestru – Unia stanie się światowym liderem ochrony praw autorskich w erze sztucznej inteligencji.
Na razie twórcy mają w rękach opt-out i publiczne podsumowania. To już więcej niż w USA, gdzie wszystko wciąż zależy od tego, czy Senat przyjmie CLEAR Act. Dla milionów europejskich artystów, pisarzy i dziennikarzy to nie abstrakcja – to szansa, by ich praca nie stała się darmowym surowcem dla maszyn. Warto z niej skorzystać – zanim będzie za późno.

