Choć Polska może pochwalić się spektakularnymi sukcesami w obszarze sztucznej inteligencji – jak model Bielik czy Eleven Labs – wciąż daleko nam do pozycji lidera technologicznego. Prof. Dariusz Jemielniak z Akademii Leona Koźmińskiego i wiceprezes PAN przekonuje, że nie jesteśmy w stanie stać się globalnym centrum AI, ale moglibyśmy skutecznie się wyspecjalizować, gdyby tylko istniała spójna strategia i wola polityczna. Zamiast tego – jak podkreśla w wywiadzie – tonący w biurokracji system wsparcia startupów i brak zaufania do przedsiębiorców skutecznie hamują rozwój innowacji

    Polska ma szansę stać się centrum rozwoju nowych technologii, zwłaszcza tych opierających
    się na sztucznej inteligencji, przynajmniej w skali Europy Środkowej?

    Prof. DARIUSZ JEMIELNIAK, Akademia Leona Koźmińskiego, wiceprezes Polskiej Akademii Nauk:

    Nie mamy szans, by stać się globalnie tego rodzaju centrum. Jesteśmy po prostu za mali. Nie ma takich mocy przerobowych, tylu ludzi i kapitału. Nie przesadzałbym też z z ambicjami. Połowa krajów Unii Europejskiej wyraża podobne życzenia. Polska oczywiście ma pewne predyspozycje, ale one nie przełożą się na to, że będziemy numerem jeden. Natomiast nie zapominajmy o naszych przewagach. Język polski sam w sobie dość precyzyjnie pozwala na zapytania do różnych modeli językowych. Ze względu na złożoną składnię, wielość przypadków – pytania i sformułowania są potencjalnie precyzyjniejsze w języku polskim, choć sprawa wymaga dokładniejszych badań. Mamy też przykłady fenomenalnych ludzi. Oczywiście wszyscy się powołują na twórców czy to OpenAI, czy Eleven Labs, czy Campus AI, czyli firm i ludzi, którzy niemal przenoszą góry. Ale przypomnę, że prof. Piotr Sankowski też robi naprawdę przełomowe rzeczy, jeśli chodzi o badania. No i mamy przykłady pojedynczych sukcesów, jak nasz model językowy Bielik.

    To może być ten nasz istotny wkład w rozwój sztucznej inteligencji?

    To, że Bielik w języku polskim jest udany, to dość oczywiste. Ale okazuje się, że działa lepiej w języku niemieckim niż niemieckie modele. Więc jest to symptomatyczne, że polska myśl techniczna jest bardzo mocna. Czy będziemy mieli szansę być w centrum? Wątpię, natomiast myślę, że to, co powinniśmy zrobić, to sensownie zacząć się specjalizować.

    Co to w praktyce oznacza?

    Musimy mieć jasny przekaz, jasny kierunek strategiczny rozwoju, także w obszarze wsparcia konkretnych kierunków studiów. Tyle się opowiada o tym, że Polska będzie liderem, ale poza deklaracjami, niewiele za tym idzie. Trochę bliżej obserwuję rynek edukacji. W naszym kraju nie sposób przebić się z ideą robienia wsparcia w obszarze polskich, nowoczesnych rozwiązań, które tak naprawdę już mamy. Sam jestem współtwórcą platformy InstaLing. Używa jej kilkanaście procent nauczycieli w Polsce i kilkaset tysięcy uczniów. Myślę, że mamy ewidentny sukces frekwencyjny. Platforma niespecjalnie jest dochodowa, bo siłą rzeczy na edukacji trudno jest zarobić, zwłaszcza jak się to robi z poszanowaniem RODO. Ale my to robimy inaczej niż chociażby Duolingo. Używamy sztucznej inteligencji do predykcji, kiedy należałoby powtórzyć słówko czy też zadanie. W Duolingo użytkownik powtarza zadanie do znudzenia w ramach kolejnych sesji, bo tak jest tanio, a też działa. My staramy się, dużym nakładem mocy obliczeniowej, nadmiar zadań eliminować – to mało efektywne biznesowo, ale mocno oszczędza czas uczących się.

    CZYTAJ TEŻ: Królewski: Wczesne przejęcia polskich gwiazd to problem. Państwo musi działać

    CZYTAJ TEŻ: Globalna adaptacja sztucznej inteligencji w 2025 roku: kto prowadzi, kto planuje, a kto czeka na właściwy moment?

    Jest szansa na szersze zastosowanie platformy?

    Z kolejnymi rządami rozmawiamy, że trzeba by tego rodzaju rozwiązania propagować, wspierać. Finalnie okazuje się, że żaden urzędnik w Polsce nie jest w stanie podjąć decyzji, czy należy zrobić z gotowych już platform coś więcej. Tymczasem zamiast robić od zera siermiężne publiczne usługi, jak ZPE (Zintegrowana Platforma Edukacyjna) warto byłoby zrobić program, aby spróbować upublicznić i rozwinąć ze 20 polskich platform, już działających, sensownych, wspierających edukację. I tutaj mamy już tę polską myśl technologiczną, która zresztą się sprawdziła. Kolejnym przykładem może być np. zeszyt.online. Z drugiej strony mamy negatywny przykład e-dziennika. Z różnych względów potrzebujemy e-dziennika w Polsce. Istnieją dwa czy trzy rozwiązania komercyjne. No i one żyją nie tylko z opłat rodziców, ale z harvestowania danych użytkowników. Nasze państwo od lat nie jest w stanie zaproponować własnego rozwiązania, ani przejąć istniejącego. Jednocześnie tych przedsiębiorców, którzy coś tworzą, trzyma trochę pod ścianą, wpędzając w niepewność, czy samo w końcu nie zrobi czegoś własnego. W związku z czym im się nie opłaca tworzyć wartości dodanej i de facto jedynie sensownym działaniem dla nich jest „hit and run”, czyli właśnie harvestowanie danych, wyciąganie z reklam ile wlezie, bez wydawania środków na poprawę produktu.

    A na co chętnie wydajemy pieniądze, także w sferze publicznej, w obszarze wdrażania innowacji? I kiedy ta decyzyjność przychodzi nam łatwiej?

    Gdy spojrzymy na wydatki na tablice interaktywne, na drukarki 3D, na komputery, to tak naprawdę są wydatki, które niestety bardzo szybko się starzeją. Nie przekładają się na faktyczną wartość dodaną. A jak już coś idzie na software, to najlepiej, żeby trafiło na sprawdzone rozwiązania Microsoftu albo Google’a. I kończy się tak, że owszem, może mamy jednostkowo nawet tanio czy „darmo” dostarczone rozwiązania, ale to w praktyce zabija całkowicie polską myśl techniczną, a po drugie, eksportuje dane, co jest całkowicie niezgodne z ideą suwerenności cyfrowej naszego kraju.

    Może to będzie pytanie z gatunku naiwnych, ale dlaczego tak się dzieje?

    Przynajmniej nikt się później nie przyczepi. Gdy ktoś ma logo dużego amerykańskiego korporanta, wtedy jest wiadomo, że jest ta pieczęć doskonałości i nie ma powodów do obaw, poza tym nikt nie wziął łapówki, bo amerykańskie firmy akurat znane są z tego, że korupcja biznesowa nawet zagranicą jest karalna w USA. Ale efektem jest oczywiście to, że koniec końców nie tylko wybieramy rozwiązania niedostosowane do naszych potrzeb, ale i rozwiązania, które są „darmo” dlatego, że są dla korporacji kosztem marketingu i wychowywania klienta, jak i źródłem cennych danych, których wcale nie chcemy i nie powinniśmy chcieć przekazywać. A przy okazji uśmiercamy ideę suwerenności cyfrowej, podrzucając kolejną kłodę pod nogi raczkującym innowacjom lokalnym. Oczywiście powstają pojedyncze rozwiązania, które są świetne. Tutaj ogromny ukłon dla ludzi z Centralnego Ośrodka Informatyki i Ministerstwa Cyfryzacji. Oni naprawdę robią świetną robotę. mObywatel to jest rozwiązanie na poziomie absolutnie światowym. Gdy jeżdżę po świecie i rozmawiam z ludźmi ze sfer rządowych czy na poziomie prywatnym, to się dziwią, że my tego rodzaju rozwiązania już mamy i naprawdę jesteśmy liderami. No ale jednocześnie spójrzmy na rzeczy typu system ZUS, KRS czy ePUAP. Tam jest bonanza i hula wiatr. Wszystko to wygląda nie za dobrze.

    Niestety.

    I troszkę to mnie boli, bo wydaje mi się, że państwo nie powinno rozwiązywać wszystkich problemów, nie powinno zastępować rozwiązań prywatnych, ale jednocześnie powinno czerpać najlepsze rzeczy z obu światów. I o ile mObywatel zadziałał dzięki temu, że mamy świetnych specjalistów, ale także początkowo dzięki choćby rozumnej współpracy z systemem bankowym, jeśli chodzi o logowanie, to w przypadku tych pozostałych rozwiązań działa to słabo i nie zanosi się na to, żeby było lepiej. Konkluzja jest więc następująca: potencjał jest, niestety nie ma dużej woli politycznej, żeby ruszać się odważnie. A bez odwagi nie ma szansy na podium, jeżeli miałbym jeszcze wrócić do początku naszej rozmowy.

    Ta konkluzja jest dosyć przykra. Wychodzi na to, że polskie firmy, a przy okazji polskie państwo, wolą kupić gotowe rozwiązania, niż chwilę zająć się testami i wprowadzeniem tych najbardziej optymalnych, a jednocześnie spełniających kryterium suwerenności danych i suwerenności technologicznej.

    Nie mamy wizji, jak sensownie gospodarować. Jak spojrzymy na środki europejskie, co akurat dość mocno obserwuję i widzę, co się dzieje np. w NCBR i w PARP, najbardziej problematyczny jest całkowity brak rozumienia tego, że na scenie start-upowej większość ludzi chce uczciwie rozwijać swój biznes. Oszustwa to jest margines. Tymczasem wszędzie przyznawanie grantów opiera się o radykalny brak zaufania i przerzucenie całej pracy biurokratycznej na start-up, a także o sztywne trzymanie się planu. Przykładowo, dzień przed naszą rozmową miałem przyjemność rozliczać jeden etap kamienia milowego w start-upie. Każda faktura musi być wydrukowana i mieć osobny opis. Opis oczywiście nie może być z faksymile podpisu – o nie! Tam musi być wydrukowany i ręcznie podpisany kwitek. Oczywiście do każdej faktury musi być osobno wgrane pojedyncze potwierdzenie przelewu itd. To jest właśnie ten element skrajnego braku zaufania, który mnie wręcz zaskakuje. Istnieje przecież coś takiego, jak poświadczenie nieprawdy, to jest poważne przestępstwo. Zatem chyba wystarczyłoby oświadczenie start-upu, jak wydano środki plus jeden wyciąg z wszystkimi transakcjami. Domniemuję, że to nie jest wina grantodawcy, tylko oczko wyżej ktoś tego oczekuje, tak jest wygodniej i po prostu chce mieć święty spokój, a skoro start-up dostał pieniądze, to powinien się też trochę papierkowo powysilać. Wszyscy więc patrzą na ręce i nie daj Boże, żeby coś nie poszło zgodnie z planem. No, ale kto o zdrowych zmysłach może powiedzieć, że w start-upach, czyli z definicji przedsięwzięciach dość wysokiego ryzyka, będziemy wiedzieli, co się dokładnie będzie działo za trzy lata i na co będziemy wydawali pieniądze? Rzeczywistość biznesowa jest zawsze inna, niż się nam zdaje na etapie planu.

    Brzmi jak z góry przegrana sprawa.

    To jest nonsens kompletny. Trzeba całkowicie zmienić optykę. O wszystkim nie powinni decydować urzędnicy. Oni mogą rozliczać te projekty biurokratycznie w narzuconych ramach, ale te ramy powinny być znacznie poluzowane. Trzeba raczej powiedzieć: ok, realizujcie projekt, 70 proc. tego, co zawnioskowaliście musicie wydać tak jak powiedzieliśmy, ale 30 proc. możecie przesuwać między pozycjami. Nie chodzi o to, że kupicie sobie jachty, ale np. gdy macie pozycję budżetową „kupienie serwerów”, a druga to „licencje software’owe” – to już wasza decyzja, czy więcej pójdzie na jedno czy na drugie, przecież ceny zmieniają się z miesiąca na miesiąc, nawet jak nie zmienią się potrzeby. Na szczęście wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski próbuje z tym walczyć. Podobało mi się to, gdy powiedział, że dobrze byłoby zmienić myślenie. Przykładowo, wydajemy miliard i nawet jeśli połowa lub większość środków będzie zmarnowana, to za pozostałą część stworzymy rozwiązania, dzięki którym nasza gospodarka zarobi miliardy złotych.

    To w polskich warunkach może mieć praktyczne przełożenie na realne działania?

    On by pewnie chciał, żeby urzędnicy tak myśleli. Tymczasem urzędnik ma wszystko do stracenia na drobnym potknięciu, a nic do stracenia na wyśrubowanych biurokratycznych wymogach i trzymaniu się sztywnie każdego zapisu. Dlatego sądzę, że ta kontrola biznesowa (nie administracyjna) powinna być inaczej rozłożona. Powinni jej dokonywać ludzie, którzy rozumieją logikę biznesową, być może ryzykujący też w niektórych przypadkach pieniędzmi prywatnych inwestorów, ale mający znacznie większą swobodę decyzyjną, trochę tak jak próbuje się robić w PFRON. Potrzebujesz wydać na software zamiast na serwer? Świetnie, przedyskutuj to z opiekunem projektu, napisz krótkie uzasadnienie i do dzieła.

    Słowa wicepremiera Gawkowskiego też mi utkwiły w pamięci. Ale faktycznie urzędnicy chyba gremialnie uważają, że start-upy tworzą wyłączni ludzie pokroju Elizabeth Holmes. Nałóżmy na to wszystko jeszcze naszą przywarę narodową, która dotyka przedsiębiorców – brak skłonności do nadmiernego ryzyka. Myślenie o AI i nowych technologiach wciąż jest zachowawcze? Wiele biznesów działa dobrze, firmy są liderami w swoich sektorach, nawet skutecznie inwestują w innych krajach, więc po co myśleć o dodatkowych rozwiązaniach. Ten tok rozumowania jest wciąż bliski przedsiębiorcom?

    To się nie zmieni, dopóki środków na rynku nie pojawi więcej i nie zmienią się zasady dysponowania środkami z tej publicznej puli. Same start-upy wiedzą doskonale, że gdzie indziej dostaną więcej. I głosują nogami. Najbliżej po zdobycie finansowania jest do Berlina, Irlandii czy do Doliny Krzemowej w Stanach Zjednoczonych. Nikt się tutaj nie będzie szarpał, chyba że ma dobre powody, żeby jednak zostać nad Wisłą. Tylko w praktyce to jest drenaż mózgów, innowacji, idei, a finalnie drenaż zysków z tych start-upów, na czym traci nasza gospodarka i my wszyscy.

    A finalnie to się może skończyć tym, że ten obecny model rozwoju polskiej gospodarki naprawdę się skończy za 10 lat? Zmierzamy w stronę pułapki średniego wzrostu? Na razie jesteśmy tygrysem, staliśmy się zagłębiem przemysłowym Europy. Ale zaraz będziemy za drodzy, nie na tyle innowacyjni, żeby zająć kolejne pozycje w łańcuchach dostaw i globalnej gospodarce. Paradoksalnie, Niemcy czy Francja pewnie sobie poradzą i wrócą na ścieżkę wzrostu. To jest ostatni moment, żeby zmienić nasz model rozwoju?

    My już nie jesteśmy krajem tanim, natomiast nie jesteśmy jeszcze krajem zaawansowanych technologii. Mnie bardziej boli to, że wszystkie kolejne rządy powtarzają bardzo piękne słowa o innowacjach w każdym dokumencie, dużo mówią o sztucznej inteligencji. Tylko co z tego? Jeśli to się nie przekłada na ramowy plan działania, na taktyki, to jest po prostu kompletne pustosłowie. Gdy spojrzymy na budżet państwa na 2026 r., procent wydatków na badania i rozwój jest najniższy w historii. Wydajemy dwa razy mniej niż średnia europejska. Opowiadamy bajki, że chcemy być liderem. Jakim liderem? Na litość boską, dociągnijmy chociaż do połowy stawki.

    Na obronę można wskazać konieczność zwiększenia wydatków na zbrojenia. Chociaż tutaj czasami pojawia się zarzut, że za mało środków w tym obszarze wydajemy właśnie na badania i rozwój, a więcej na gotowe rozwiązania.

    Rozwój własnych technologii jest kluczowy – czy to będzie obronność, medycyna, czy edukacja. Wydajemy ciężkie miliardy na zbrojenia, podczas gdy nie wzorujemy się na krajach, które to robią dobrze, jak na przykład Korea Południowa. Seul już dawno sobie powiedział: nie stać nas na to, by wyłącznie kupować uzbrojenie za granicą. Tymczasem wychodzi, że my jesteśmy na tyle bogatym krajem, że możemy kupować zagranicą, a nie myślimy o wytworzeniu własnej myśli technicznej. A koniec końców to nie jest kwestia nawet kupienia samego sprzętu, ale serwisowania, kwestia rozwoju, ulepszeń, innowacji. Widać to dobrze w Ukrainie. Oni się stali wręcz potęgą dronową, także dzięki rozumieniu, jak to wszystko działa i wyrabianiu lokalnej zdolności innowacji.

    Wylaliśmy trochę zimnej wody na nasze głowy. Jest jakieś światełko w tunelu w obszarze innowacji? Co mówi o nich III edycja „Raportu TOP AI Driven companies w Europie Środkowo-Wschodniej”?

    Trzeba monitorować sytuację i zobaczymy. Te wszystkie przedsiębiorstwa, o których mówimy w raporcie, to są bardzo ciekawe przykłady. Warto się nimi inspirować, warto je śledzić. Powinny być na mapie zarówno zainteresowania, jak i inwestycji. Potrzebujemy kilkunastu Eleven Labs. Nie tylko w Polsce, ale w całej Unii Europejskiej.

    prof. Dariusz Jemielniak 
    Akademia Leona Koźmińskiego, wiceprezes PAN

    *Tekst pochodzi z Raportu TOP AI Driven Companies 2025

    CZYTAJ CAŁY RAPORT – POBIERZ TU